Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anka pisze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anka pisze. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 sierpnia 2015

Anka pisze... o pierwszym dniu szkoły

Drrrrrrrrrrrrryń!

Po raz drugi w życiu kupujemy pierwszy tornister, pierwszy piórnik i worek na kapcie. Czas do szkoły! Żegnajcie leniwe wspólne poranki, żegnajcie spontaniczne spacery. Sonia pakuje swój piórnik, zapełnia go linijkami i ołówkami.


Dorośleje. To taki słodko-gorzki moment, w którym jednocześnie chciałoby się czas zatrzymać, a z drugiej strony ma się świadomość nieodwracalności dorastania. Bajka o Calineczce opisuje mechanizm próby zatrzymania dziecka i jego nieuchronne odchodzenie, podczas którego doświadcza ono złych i dobrych rzeczy. Nie da się tego uniknąć. Już widzę w perspektywie Ropucha i Chrabąszcza, mogę mieć tylko nadzieję, że nie wyjdzie za Kreta i na końcu spotka wymarzonego Elfa :)

Wybiegam zbyt w przód? Chyba nie, bo czas biegnie coraz szybciej, nasz wspólny czas, którego dotychczas nam nie brakowało. Bardzo już chcę wysłuchać pierwszych relacji ze szkolnego dnia i boję się, że nie będzie mi chciała wszystkiego opowiedzieć. Chcę zobaczyć jej pierwsze oceny i mam nadzieję, że będę dla niej dobrym wsparciem. Chciałabym zostać jej przyjaciółką już na zawsze, ale wiem, że muszę pozwolić jej się oddzielić, muszę dorosnąć i zostać Mamą Uczennicy.

Na razie dowiedziałam się, że mam się inaczej uczesać, bo nie pójdzie ze mną do szkoły :D Nie wróży to najlepiej :) Ale za to zgodziła się na pomoc w wyborze stroju na rozpoczęcie roku. Ciekawi jesteście co wybrała? Waha się pomiędzy dwiema spódnicami – szybką ciemną (jest bardziej elegancka) i szarą lambadówką (wygodniejsza).



 Poradźcie nam, co wybrać, bo czas już nagli!

poniedziałek, 13 lipca 2015

Anka pisze... o miłości do życia

Babcia. Miłość do życia.

Z dzieciństwa pamiętam kąpiele. Babcia kochała wodę i luksus ciepłej wanny. Wanna była wtedy ogromna, nie sięgałam z jednego końca do drugiego i mogłam się pławić w niej jak ryba. Na półce stały pojemniczki z solą morską. Miały kształt szyszki, a sól pachniała lasem albo różami. Babcia wsypywała mi trochę tej soli do wody i cała łazienka zaczynała pachnieć kąpielą. Tuż obok wanny stała sofa, na której siedziało się dla towarzystwa. To była okazja do pogadania, do opowieści. Na sofie leżało złożone wielkie prześcieradło kąpielowe – miało pewnie ze dwa i pół metra długości. Było grube i miękkie i można się było w nie zawinąć w całości. Taka zawinięta i wykąpana już osoba truchtała do pokoju, gdzie na łóżku leżała wykrochmalona pościel w kolorze pistacji albo pudrowego różu. Pamiętam ten nieskalany moment zanurzenia się w tej pościeli, moment szczęścia fizycznego, którego w domu rodzinnym nie doświadczałam. 

Babcia. To ona była dyrygentem zmysłów. Jej życie składało się z wielkiej wojennej wędrówki, porodów, śmierci i głodu. Nie wiem, czy się bała, bo nigdy nie mówiła. Ale to milczenie nie wynikało z dzielności życiowej, jakby powiedział Mann, a raczej z usuwania wszystkich niepotrzebnych wspomnień za pomocą magicznego czyścika do pamięci. Wiem to i rozumiem, bo sama jestem w posiadaniu takiego czyścika. Niestety czyści on nie tylko te złe rzeczy - u mnie wyczyścił też całą wiedzę z dziedziny matematyki. Trudno. Dam radę :) 

Babcia nie pamiętała. Nie chciała pamiętać. Cieszyła się światłem, powietrzem, ogórkami małosolnymi. Rano czyściła cały dom, bo podłoga musiała błyszczeć. Chodziła regularnie do fryzjera, malowała paznokcie. Kiedy zmarł dziadek, jej życie emocjonalne zaczęło się na nowo. Nie potrafiła żyć nie odczuwając. Nawet w wieku 70-ciu kilku lat. 

Lubiła szampana i zagryzała go kiszonymi ogórkami. Jadła chleb z cukrem. Kochała śliczne ciuszki i tanią biżuterię. Pachniała Panią Walewską albo olejkiem różanym. Zabierała mnie na basen, gdzie jadłyśmy lody, na które rodzice nie chcieli mi pozwalać. Babcia zjadała loda Bambino na dwa kęsy, a potem mrużyła oczy jak kot, który się przeciąga i szła kupić nam jeszcze po jednym.

Kojarzy mi się z sokiem brzozowym, który piłyśmy w Gruzji, z poziomkami i nasłonecznionym zboczem. Ze zbieraniem grzybów. Była naiwna, tak jak ja. I tak jak ja odradzała się jak feniks z popiołów. Nie myślała o tym, ile ma lat. Podejmowała decyzje kierując się przeczuciem (bo nie była to analiza), że życie jest jedno i warto chwytać piękne momenty.

Mam teraz 44 lata. Kocham wszystko, co daje mi przyjemność i staram się nie pamiętać o złych rzeczach. Zakładam tiulowe spódnice, noszę irokeza, a moja 6-cio letnia córka mówi do mnie „Kobieto, opamiętaj się!”.

Babci już nie ma, ale zostawiła mi po sobie przeczucie, że życie będzie takie, jakim go uczynimy. Nie odmawiajmy sobie przyjemności i szaleństwa. Oddychajmy, jedzmy, pijmy i kochajmy. Bądźmy sobą.

czwartek, 21 maja 2015

Anka pisze... o życiu Hultaja Domowego

Życie Hultaja Domowego

Od zawsze nasza firma mieściła się w domu. Ze spokojnej rodziny o samotniczym usposobieniu staliśmy się nagle ludźmi o bardzo bogatym życiu towarzyskim. Codziennie nasz dzwonek rozbrzmiewa wielokrotnie, drzwi otwierają się i słychać „Tojaaa!” każdej wchodzącej osoby. Szumi czajnik, niezliczone kubki po herbacie, mięcie i kawie piętrzą się na blacie.


Pracujemy w dwóch pokojach – mnie przypadła sypialnia, a cała reszta firmy siedzi przy stole w kuchni. Rozłożone komputery, papierki, zeszyty, tabelki. Krzyczymy do siebie:

"Słuchaj, masz maila od tej Pani, która chciała wymienić spodnie?"
"Nie wiem, od jakiej Pani....Wyślij mi w tej sprawie maila!"
"Dobra, to wysyłam Ci maila!"

Na początku wydawało nam się to zabawne, ale z biegiem czasu rozmowy się skróciły do:

"Słuchaj, czy wiesz może...?"
"Nie wiem, zapytaj mnie mailem."

Najgorsza jest obróbka zdjęć. Piszę właśnie bardzo skomplikowanego maila w języku bardzo obcym, skupiam się, przygryzam język i nagle:

 "Słuchaj, możesz zerknąć?"

 No mogę, kurczę, mogę. Wstaję, idę. Patrzę na zdjęcie, które M. ściuboli od godziny, a on zadaje mi pytania, których nie rozumiem. Mówię, co myślę, on się wścieka, a ja wracam do swojego maila. Siadam na krześle...

"Możesz na moment?"
Aaaaa!!!! Wstaję, idę.

"A teraz? Zrobiłem, jak chciałaś."

Obraza. Patrzę, patrzę i patrzę i nie widzę różnicy. Mówię, że nie widzę. Obraza po raz drugi. Człapię do swojego kompa, siadam i...

"Możesz na moment?"

Ech. Praca z mężem. Wiadomo.

Zdjęcie w efekcie końcowym wygląda równie dobrze, jak na początku. Ale co ja tam wiem :)

Pakowanie targów to zabawa, która się nie kończy. Na początku zespół siedzi i bawi się we wróżki „Co tym razem zabieramy? Będzie ciepło, zimno? Spodnie, spódnice?” Decyzja zapada prosta. Zabieramy wszystko, bo wiemy, że jak zabierzemy spodnie, klienci będą pytać o spódnice, a jak zabierzemy spódnice, przyjdą sami amatorzy spodni.

Pakujemy. M. biadoli za każdym razem, że "tyyyyle tego", U. pakuje i się nie odzywa. Ja tłumaczę, że i spodnie i spódnice... Masa zabawy. Już po kilku godzinach spędzonych na dobrej zabawie w korytarzu piętrzą się pudełka i woreczki z ciuchami. Wszystko spakowane jest na duś, nie wejdzie już ani jedna czapka. I zawsze, naprawdę zawsze, ktoś odnajduje wtedy jeden zagubiony woreczek z czymś. Czymś, co koniecznie i niezbędnie powinno się z nami zabrać. Wszyscy patrzymy osłupiali na samotny woreczek i zawsze, naprawdę zawsze, ktoś zadaje to pytanie:

"A co to jest?"
"Ubranka" odpowiada U.

I starannie dopycha woreczek do innego woreczka. A potem to już pikuś – przenieść wszystko do samochodu, wygrać mistrzostwa w tetrisie upychając pudełka do bagażnika i jazda! Na targi.


J. pakuje zamówienia. Słyszę, jak szumi i szeleści torbami i klawiaturą. Jej dzień pracy przerywany jest rytualnym "O nieeeee!". Zawsze po tym zawołaniu następuje telefon.

"Pani Haniu, dlaczego spodenki w rozmiarze S są uszyte nie w tym kolorze?"

Słyszę szemranie w telefonie, a J. mówi wtedy:

"Ale proszę sprawdzać, Pani Haniu! Dobrze, na kiedy to będzie?"

Potem znowu szuranie i klekot klawiatury. A potem znowu "O nieee!", telefon i tak da capo al fine. Biedna J. :)

Tak mniej więcej, kochani, wygląda nasz dzień codzienny. Gadamy, pijemy herbatę, mamy swój wewnętrzny język z masą żartów. Czasem przeżywamy nerwowe chwile, czasem wzruszające. Jak każdy dobrany zespół.

Dziękuję Wam, drodzy moi, że jesteście w moim życiu. Bez Was mój dzień byłby taki pusty :)

wtorek, 16 grudnia 2014

Anka pisze... o tatuażach w miejscu pracy

Nie taki tatuaż straszny

Kiedy zatrudnialiśmy pierwszych pracowników Hultaja, nie było dla nas najważniejsze, czy skończyli prestiżowe studia. Najważniejsza dla nas była inteligencja, błyskotliwość i hultajski charakter. Nie ma takiej szkoły, która nauczyłaby człowieka, jak pracować w Hultaju. Trzeba umieć wszystko, być gotowym na ciągłe zmiany i huragany.

Dobieraliśmy i dobraliśmy.

Nie przyglądaliśmy się kolorowi włosów, wzrostowi, tuszy. Wybraliśmy te osoby, które pokazały nam, że z przyjemnością zakaszą rękawy. Przy zakasywaniu rękawów okazało się, że na świat wyjrzały tatuaże. Kolorowe, drobne, większe. Wiele mówiące o naszych nowych członkach rodziny.

Hultaj znalazł pokrewną duszę wśród LTG

Fotograf i szef firmy tatuuje się od dawna. Jednym ze wzorów jest hultajska proca. Julia i Ula też mają poukrywane na ciele znaki, które opisują ich charaktery i zainteresowania.


Jesteśmy kompetentni. Jesteśmy punktualni. Jesteśmy utalentowani. I pozostaniemy tacy nosząc irokezy, chodząc w sari i tatuując sobie skórę. Pora już zdjąć odium z kolorowych ludzi – tatuaż nie jest oznaką kryminalnej przeszłości. Wszyscy ci, którzy „nie chcieliby mieć do czynienia”, zdziwiliby się bardzo, jak wielu z - tak bardzo w ich oczach godnych zaufania - pracowników bankowych, ubezpieczycieli, sprzedawców w eleganckich sklepach, nosi pod garniturami fantastyczne światy wyczarowane na skórze. 


W Hultaju nie trzeba tego ukrywać. Bo nasze hasło przewodnie to:

Hultaj Polski. Jestem sobą.

Bądźcie sobą. Tacy jesteście najciekawsi :)

Jeśli myślicie podobnie, serdecznie zachęcamy Was do zajrzenia na stronę akcji Jestem za akceptacją tatuaży w miejscu pracy.

środa, 1 października 2014

Anka pisze... o polskiej modzie

Przez lata w Polsce panował snobizm na rzeczy z zagranicy. Wszystko, co miało angielską nazwę, było lepsze, fajniejsze, kolorowsze. Kojarzyło się z paczkami z zachodu, z Pewexem, z niedostępnym luksusem, który mogliśmy oglądać tylko na stronach kolorowych pism z zachodu.

Ta tradycja przetrwała wiele lat. Trwała nawet wtedy, kiedy wszystkie te rzeczy zaczęły być u nas dostępne. Aż do momentu, kiedy niektórzy zaczęli zauważać, że wiele w tych kolorowych fajnych rzeczy ma wszytą metkę „Made in China”, „Made in India”, „Made in Taiwan”... Zobaczylismy na zdjęciach, jak wygląda produkcja tej pięknej, kolorowej tandety. Wcale zresztą nietaniej na nasze kieszenie. Tandety, która po jakimś czasie spowodowała, że zaczęliśmy ubierać się tak samo, kupować takie same zabawki dla naszych dzieci, jeść to samo tandetne jedzenie. Zobaczyliśmy kilkuletnie maluchy, które z martwymi oczami składają kawałki plastiku na zabawkę, z której nasze dziecko tak bardzo cieszyło się na gwiazdkę. Chude, obojętne kobiety zszywające mechanicznymi ruchami kolejną parę markowych jeansów.

Wtedy stało się coś ważnego. Powoli na polski rynek zaczął wkraczać dużo lepszy snobizm. Taki snobizm, który warto pielęgnować - snobizm na polskie rzeczy. Powstało wiele firm, między innymi Hultaj Polski, które zaczęły sprzedawać polskie produkty z polskich materiałów. Jeszcze przez jakiś czas panowała moda na angielskie nazwy, bo chyba panował brak wiary, że „polskie się sprzeda”, ale potem to też minęło.

Moment podpisania umowy z Local Heroes - organizacji wspierających lokalny herosów

Nastała dobra moda na wspieranie polskiego biznesu – zaczynamy rozumieć, że kupując w polskiej firmie odzieżowej, kupujemy też w polskiej tkalni, polskiej farbiarni, polskiej szwalni. A w ten sposób wspieramy polskich architektów, polskie firmy remontowe, polski transport – i tak dalej, i tak dalej. Aż dochodzimy do prostego faktu – w ten sposób wspieramy swoich przyjaciół, sąsiadów, rodzinę i samych siebie.

 Przed targami... oraz w trakcie - cieszymy się z każdej okazji spotkania Was

Wiem, wiem. Połowa tych pieniędzy ginie po drodze w przepastnych kieszeniach urzędników, ale kim są ci urzędnicy, jak nie naszymi znajomymi, sąsiadami, przyjaciółmi...

Oto kilka powodów, dla których warto ubierać się w Polską Modę :)
  1. Jesteście oryginalni i mało kto będzie miał taki sam ciuch.
  2. Jesteście prospołeczni – wpływacie na rozwój polskiej gospodarki.
  3. Jesteście proludzcy – nie wspieracie pracy niewolniczej dorosłych i dzieci.

To aż TRZY bardzo mocne powody, dla których warto wybrać polską modę. Polskie jedzenie. Polskie meble. Bo w ten sposób wspieracie swoich przyjaciół i bliskich.

Elegancka Hultajka w komplecie z jesiennej kolekcji

Wiem, że zaraz usłyszę argument, że jest drogo. Jest drożej, ponieważ nie chcemy wykorzystywać trudnej sytuacji osób, które dla nas pracują. Chcemy płacić im uczciwe stawki. Takie, jakich chcielibyście dla swoich dzieci, kiedy pójdą do pracy. Najczęściej nasi pracownicy odpłacają się nam uczciwością i rzetelnością, która powoduje, że nasze wyroby są dobrej jakości. 

Oni już wybrali - dziękujemy naszym klientom za wspieranie polskiej mody

Czyli prosta zasada – jaka płaca, taka praca. Dlatego wpieram akcję Fashion Democracy i wybieram polską modę. Polską kuchnię, polskie meble. Wybieram nas wszystkich. Bo jeśli będziemy się wspierać nawzajem, będzie nam się żyło coraz lepiej.


czwartek, 11 września 2014

Anka pisze... o ubraniach dla zadziornych



Prawdziwie fajne ciuchy nie mają limitu wiekowego.

Któregoś dnia moja Mama, lat 75, wybierająca się w daleka podróż, zadzwoniła do mnie w trakcie pakowania:

Kochanie, mogłabym dostać od Ciebie haremki? I spódnicę... A no i jeszcze czapkę, szarą taką?

Zdziwiłam się. Nigdy do tej pory nie proponowałam mojej eleganckiej Mamie hultajskich ubrań. Sami wiecie, jak to jest – zaproponuję i będę musiała potem słuchać, że to nie dla niej... A tu takie zaskoczenie.

Mama przybyła i została ubrana na tę długą podróż, tak jak sobie wymarzyła. Po powrocie opowiadała, że ubrania wzbudziły sensację i musiała na okrągło dyktować adres strony i dawać się macać po spodniach i czapce :)

Robiąc hultajskie ciuchy zawsze miałam w głowie „po prostu Hultaja”. Nie zastanawiałam się nad wiekiem i tuszą. Wiedziałam, że te ubrania są dla wszystkich.


Ale jakaś nieznana siła zmusza ludzi, szczególnie kobiety, do starzenia się. Biorą do ręki haremki i odkładają je z żalem i tekstem, że „gdybym była młodsza”. Pisałam już zresztą o tym we wpisie o iluzji wieku.


Tak więc Hultaj Polski postanowił udowodnić Wam, mili Hultaje, że nie ma ograniczeń wiekowych na noszenie naszych ubrań! Dowodem na to sesja, którą wykonaliśmy na warszawskiej Agrykoli. Niech zdjęcia mówią same za siebie. A na zdjęciach – niezapomniana DJ Wika!!!


DJ Wika i Pan Maciek wybrali się na spacer w bluzach bokserskich i spodniach wąskich. Kliknij na zdjęcia poniżej, aby zobaczyć je w hultajskim sklepie.

http://sklep.hultajpolski.pl/pl/p/Bluza-bokserska-damska-szara-z-turkusem/422http://sklep.hultajpolski.pl/pl/p/Bluza-bokserska-meska-szara-z-czernia/424
 Ciepła bawełniana bluza szara z turkusem damska | Bluza męska z kapturem i kieszeniami

http://sklep.hultajpolski.pl/pl/p/Spodnie-waskie-damskie-szare-z-turkusem/429http://sklep.hultajpolski.pl/pl/p/Spodnie-waskie-meskie-czarne-z-szarym/433
 Wąskie spodnie dresowe z kieszeniami damskie | Spodnie wąskie czarne męskie


Zapisz się do newslettera, aby być na bieżąco z nowościami :)

niedziela, 10 sierpnia 2014

Anka pisze... o Najbardziej Fotogenicznej Kuchni Świata

Najbardziej fotogeniczna kuchnia świata

Z pewnością pierwsze, co się Wam nasuwa po przeczytaniu tego tytułu, to strasznie droga kuchnia od designera. Marmurowe blaty, kamienie wmurowane w ściany, przepierzenia z mlecznego szkła i obowiązkowa wyspa do gotowania.

Ale nie o taką kuchnię chodzi. Najbardziej Fotogeniczna Kuchnia Świata ma na podłodze coś, co mogłabym nazwać Snem Pijanego Glazurnika, na ścianach zwyczajne płytki w rzucik oraz dość paskudne rustykalne szafki.
Ta kuchnia to Wiśnios' Kitchen Studio, czyli miejsce w którym powstają wszystkie najbardziej wypasione hultajskie fotki.

 

Opowieść o Kuchni brzmi trochę tak, jak wspomnienia naszych rodziców z lat 50-tych i 60-tych, kiedy internetu nie było, a telefon przywiązany był do ściany. Więc ludzie się spotykali. Razem gotowali, tańczyli, słuchali muzy.
Teraz nasze domy są bardziej wyludnione. I nasz taki pewnie by był, gdyby nie Kuchnia...


Hultaj prawie cały czas cyka fotki. Z pewnością zauważyliście, że mamy ich bardzo dużo. Wszystko to dzięki naszemu firmowemu fotografikowi, Marcinowi.
Podczas sesji Kuchnia od rana zapełnia się ludźmi. Najpierw przychodzi zespół – Julia, Ula. Ja jestem na miejscu. Szukamy ubrań, robimy zakupy, przygotowujemy przekąski. Jeśli sesja jest „dorosła” - wstawiamy do lodówki piwo. Prasujemy ubrania, robimy check listę – plan sesji, który pozwala sprawdzać, co już zostało sfotografowane i jak uniknąć niepotrzebnych przebiórek modela lub modelki. Potem Kuchnia zapełnia się statywami i lampami, a chodzenie po niej wygląda, jak pokonywanie toru przeszkód. Najdłużej staramy się nie rozwijać tła, bo wtedy wejście do wszystkich pokoi zostaje zablokowane, co nie wszystkim mieszkańcom domu się podoba :)


Zasłaniamy żaluzje. Marcin i Ula ustawiają światła, rozciągają żurawia, zdejmują niepotrzebne żarówki z żyrandola w przedpokoju. Ulubione powiedzenie Uli „jeśli srebrna taśma nie trzyma, to znaczy, że użyłeś za mało srebrnej taśmy”. Wczoraj udało im się wreszcie odłupać kawałek tynku ze ściany, co wisiało w powietrzu już od dawna.


A potem do Kuchni wchodzą goście. Czasami jest to jedna modelka, a czasem cała grupa modeli w różnym wieku. Koczują na łóżku w sypialni, jedzą, gadają, śmieją się. Dom żyje.

Kiedyś byliśmy samotnikami. Lubiliśmy jeden z góry ustalony porządek. Denerwowała nas nagła zmiana planów.
Ale w Kuchni zapominamy o tym. Jemy tuńczyka z czosnkiem, tajskie springrolle, dzieciaki żują gumę za gumą.
Kiedy sesja się kończy i jest już po północy, studio znika z Kuchni. W ciągu 15 minut zwijamy statywy i światła. Stół wraca na swoje miejsce, a zaraz za nim krzesła. I Kuchnia znów wygląda poczciwie, jakby nigdy nic w niej nie zaszło, jakby żadnej magii nie widziała.

A my siedzimy przy stole i oglądamy zdjęcia :)

piątek, 25 lipca 2014

Anka pisze... jak została Hultajem

Jak zostałam Hultajem, czyli o Rodzinie

Zawód twórcy teatralnego charakteryzuje się jedną istotną rzeczą. Twórcy nie ma w domu. Zawsze jest albo w Madrycie, albo w Kielcach. Ma próby czytane, pierwsze generalne, próby wznowieniowe, koncerty, czytania... Same ważne rzeczy.

Nie jest to takie złe – dla twórcy. Hotele, w których ktoś zawsze za człowieka sprzątnie, restauracje – w których choć tanio, to jednak podane i pozmywane. No i długie w nocy rozmowy o pracy, kiedy poczucie ważności tego, co się robi, wzrasta razem z poczuciem niewyspania.

Rodzina na dochodne. Każda Mama o tym marzy :) Gotowanie po powrocie staje się wyjątkową przyjemnością, cały dzień można spędzać razem. Czytać, bawić się, spacerować. Ale potem znowu trzeba spakować plecak i walizeczkę, i lecieć na pociąg albo samolot.
A z tyłu pozostają smutne oczy małej dziewczynki, która pewnego pięknego dnia zadała mi pytanie:
 
„Mamo, ale czy ty wrócisz?”

Wiele rzeczy w życiu ulega zapomnieniu, ale tego pytania nie mogłam wyrzucić z głowy. Tonu, którym było zadane, spojrzenia, które za nim szło.

I tak właśnie zostałam Hultajem.

Walizki odkopywane są z okazji wyjazdów wakacyjnych. Podarte treningowe ubrania po krótkim wahaniu wyrzuciłam na śmietnik. Stałam się Mamą Domową.

Pracuję teraz na wyciągnięcie ręki małej dziewczynki. Często nie mam dla niej czasu, denerwuję się, kiedy przybiega co chwilkę z pytaniami za sto punktów. Niania spędza więcej czasu w naszym domu, niż kiedyś.
Ale jestem. Mogę pocałować zbite kolano. Wysłuchać tego, jak minął dzień na pikniku. Natychmiast obejrzeć obrazek.
Jestem też Udomowioną Żoną. Pracujemy razem, a to wielka przyjemność. Kiedy kończymy hultajskie zajęcia, oglądamy razem film, rozmawiamy o książkach, które czytamy. Jemy dobrą kolację.

Czasem trochę mi tęskno, trochę za ciasno, za powolnie.
Ale wspólna praca dała nam bardzo dużo – zamiast się od siebie z latami oddalać, zbliżamy się. Dzielimy pasję i marzenia. Nie możemy narzekać na brak tematów do rozmów.
Obydwoje spełniamy się też artystycznie – ja w projektowaniu, a Marcin i Sonia (tak, tak) w fotografowaniu. Tylko czekać kolekcji całkowicie przez nią uwiecznionej na fotkach :)


Pointy zamiast puenty :)

niedziela, 6 lipca 2014

Anka pisze... o iluzji wieku

„Proszę Pani, w moim wieku już nie wypada... Pani jest jeszcze młoda, a ja...”

To zdanie powtarzają bardzo często kobiety. Przychodzą do nas, przeglądają ubrania, zapalają im się oczy, a potem gasną.

”W moim wieku już tego nie założę... Szkoda, że nie było was 10 lat temu.”

A w nas pozostaje żal, bo widziałyśmy te iskierki w oczach, tego chochlika, który obudził się na chwilkę, dzięki nam przecież, dzięki naszym ubraniom, ale nie potrafiłyśmy go utrzymać przy życiu.

Przecież stała przed nami piękna kobieta. Wcale nie stara i nie zgarbiona. Aktywna, rozumna i... przestraszona własnym pragnieniem spełnienia swoich marzeń.

Młodość ducha nad metryczką docenił również projektant Jean Paul Gaultier, który do swojego pokazu w paryskim Fashion Weeku zaprosił seniorów


28 czerwca warszawskimi ulicami przeszła Parada Seniorów. My wiemy, że tak na prawdę była to też Parada Prawdziwych Hultajów. Organizatorka Parady, DJ Wika, kobieta ogień, powiedziała mi, że życie traktuje jak przygodę. Nie boi się i nie waha. Bo po co. Żyje, aby się cieszyć. Kiedy opublikowała nasze haremki na swojej stronie, natychmiast jej przyjaciółki zaczęły wybierać, który kolor założą. Żadna z nich nie uważała, że „nie wypada”.


Po co poszli w Paradzie? Dla radości, dla zabawy. Żeby pokazać, że młodość to stan umysłu, a nie ciała. Żeby przekonać też tych, którzy żyją zgodnie z oczekiwaniami innych, że warto żyć dla siebie. Że marzenia spełniają się w każdym momencie, a życie jest, a nie było.


Posłuchajmy DJ Wiki – nie starzejmy się na własne życzenie. Żyjmy pełną piersią, ubierajmy się, jak chcemy, jedzmy co chcemy. A jeśli zawistne głosy będą nam złorzeczyć, nie oglądajmy się na nie. Szkoda czasu. Nie pozwólcie temu chochlikowi zgasnąć w Waszych oczach. Nie było nas 10 lat temu, ale teraz jesteśmy. I mamy dla Was rzeczy, które pasują do Was. Bo pasują do Hultaja, który w Was jest. I my to wiemy :)